Sześćset dwudziesty piąty wpis.

Jestem w związku love-hate z tym blogiem.

Myślę o tym, co się stało; gdzie byłam rok temu, jak się wtedy czułam. Dlaczego ptaki pozostają na jednym obszarze, skoro mają skrzydła? Dlaczego nie odlecą?

Dzieje się to, czego tak strasznie się bałam – grzęznę. Grzęznę w miejscu, które nazywa się Polska, we wsi Węgliska, na przemian z miastem Rzeszów. Nie jest źle, ale jest źle.

Nie potrafię zrobić tylu rzeczy w ciągu doby, ile sobie życzę. Produktywność spadła, pragnienie bezmyślnej odmóżdżającej rozrywki wygrywa za każdym razem. Gniję, gniję przez tym migającym monitorem od rana do nocy; gapię się na cudze życia przez szkiełko, a moje ucieka mi przez moje atopowe palce.

Wkurwia mnie ta sytuacja, wkurwia mnie, że muszę użyć słowa „wkurwia”, bo nie chcę szukać innego na opisanie tego, co czuję. Wulgaryzmy świadczą o ubogim zasobie słownictwa i jest mi przykro, że ja, dyplomowana polonistka, podwójna filolożka, wszechstronnie uzdolniona, bo obecnie pracująca w branży IT… Jest mi smutno, stresująco, źle. Jest mi źle, że się martwię, ale wiem, że to nie są zmartwienia bez powodu. Jest mi źle, że uciekam od wnętrza w pracę.

I myślę sobie, że studia nie mają znaczenia, że niepotrzebnie się przejmowałam pewnymi rzeczami; że kiedy musisz iść do lekarza i nie możesz znaleźć ani jednego miejsca parkingowego w centrum miasta przez 30 minut i w końcu się poddajesz, nie ważne ile masz dyplomów.

I w ogóle – że wszystko staje się takie trywialne, gdy dzieje się coś złego. Budujemy sobie te nasze małe słomiane chatki komfortu, na fundamentach naszych postanowień bycia lepszymi, postanowień układania sobie życia jak puzzli, kawałek do kawałka. Nic nie jest stałe. Świat ani na moment nie przestaje się ruszać. Raz jesteś na wozie, raz pod wozem, a za chwilę ktoś może Cię zdmuchnąć jak świeczkę i nic nie ocali od zapomnienia.

Cholerność i dołowatość tego świata przytłacza mnie jak często wcześniej. Miażdży. Jak mam odepchnąć ten ciężar, jak powiedzieć, żeby sp… spokojnie udał się w inne miejsce?

Nie wiem.

101 kilogramów nieszczęścia w trampkach.

Mój mózg wywrócił się do góry dnem. Mój mózg się wywrócił. A może wypadł, może w ogóle się zgubił, tylko dlaczego moja głowa jest cięższa, niż zwykle?
Znowu ogarnia mnie ciemność. Chyba dementor wrócił pod moje łóżko. Jest miejsce, bo nie ma noży, tylko tony kurzu. Jestem w dole.

Nie potrafię być szczęśliwa.

No walls can keep me protected
No sleep, nothing in between me and the rain
And you can’t save me now
I’m in the grip of a hurricane
I’m gonna blow myself away

Co to a bzdura w tytule, aż sama sobie się dziwię, że to napisałam, bo przecież jeszcze nie tak dawno, jeszcze pamiętam, jeszcze…

I’m going out, I’m gonna drink myself to death
And in the crowd I see you with someone else
I brace myself ’cause I know it’s going to hurt
But I like to think at least things can’t get any worse

Mam ochotę zresetować sobie mózg (tak się w ogóle da?), nabawić się amnezji jakiejś, czy czegoś.
Nie potrafię się odnaleźć, ani wziąć w garść. Nie potrafię wziąć rzeczy w swoje ręce. Coś mnie blokuje, nie wiem co; jeśli nie ja sama, to miejsce, jeśli nie miejsce, to ludzie. Czuję się zniewolona, chociaż to absurdalne.

Mam typowe problemy pierwszego świata, które nikogo nie obchodzą (i w sumie dobrze).

And I never felt so alive and so dead

Stoję w miejscu.

Chociaż miejsce nie to samo.

Miejsca mogą i potrafią zmieniać ludzi. Gdzie ja jestem? Co tu robię? Dlaczego tu jestem? Zastanawiam się, tracę czas, tak bardzo, tak dużo, tak cenny. Chcę, ale nie działam, więc może wcale nie chcę? Może mi dobrze, za dobrze może. Zapomniałam się na chwilę i już się coś zdążyło popiętrolić.
Taki przyjemny chłód otwartego okna o 23.18.

Co się dzieje, co się ze mną dzieje? Dlaczego od dziesięciu lat rzucam w próżnię tego bloga różne pytania, na które wcale nie szukam odpowiedzi? Chce mi się spać. Jestem zmęczona. Jestem sobą zmęczona nieustannie od 15 lat i nie potrafię tego zmienić.

Szczęśliwość. Smutność.

Mam w głowie tony myśli nieobjawionych, sekretnych, nagromadzonych przez rok lub dwa (nie pamiętam już). Nikomu nie mówię, nikomu nie chcę powiedzieć, nikomu nie mogę powiedzieć. Mam stany maniakalno-depresyjne, całe życie, albo szczęśliwość albo smutność. Ciemność nie sprzyja, światłość nie sprzyja; czasem myślę, że urodziłam się w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu, że nie pasuję, że marzę o tym, żeby czas się zatrzymał, proszę go, błagam, ale on jest taki głuchy, bo uwielbiam go marnować i się mści, san av a bycz. Piszę za długie zdania, boję się kropek, boję się być stanowcza w tych sprawach.

Znowu odsuwam od siebie to, co nieuniknione.

Hejt.

Self-hejt, to be exact. Przeszłam dzisiaj taką fazę self-hejtu, jakiej już dawno nie przechodziłam. Uwielbiam codziennie narzekać na swoje przywary, a potem nic z nimi nie robić. Robię to z powodzeniem od 15 lat. Od kilku tygodni mam w głowie „niech mnie ktoś ogarnie” albo nawet „niech ktoś coś teraz” i zapominam, że nic, nikt, nigdy. Ja pierdolę, jaki facepalm. Co się ze mną dzieje? Co się ze mną dzieje? Zadaję to pytanie nieustannie i nie wiem, nie znajduję odpowiedzi (bo może nie szukam, nie wiem, nie mam czasu, zapierdol na fejsie, zarobiona jestem).

Jestem już za stara na te sprawy, motylki, pocałunki, kwiatki, a jednocześnie za młoda na wszystko, co następuje po. Wiatr chce urwać mój dach, duchy spacerują po poddaszu i się tłuką, co to ma być. Co to ma być, ja się pytam, ale czy w sumie pytam, skoro brakuje pytajnika? Współczuję Ci, droga osobo, która wchodzisz tu z nadzieją, że zacznę wreszcie pisać cokolwiek z sensem – obawiam się, że nic takiego nie nastąpi. Oh, well.

Czasem warto się popłakać, uderzyć ręką w biurko, wypić potrójną kawę, a na koniec i tak iść spać, czując, że się nic nie zrobiło. Nie wiem, gdzie jestem, a jednocześnie wiem. Nie wiem, co chcę robić później, chociaż mam odważne marzenia, zbyt odważne może. Ale kto mi powiedział, że muszę być tu? Czemu ptak mając skrzydła nie odleci i nie zwiedzi całego świata? Czuję, że powinnam zrobić coś, czego nie robiłam nigdy wcześniej.

I need to be inspired.

Może powinnam kupić sobie kij do baseballa, chwycić go w łapki i pójść coś rozwalić. Z hukiem, z wielką siłą, zmiażdżyć, rozkwasić pudełko farb, i niech bryzgają kolory na wszystkie strony tej szarej polskiej ziemi.

Tak sobie płaczę.

I chuj.

No zapomniałam już trochę o czasach, kiedy jedynym planem dnia było dożyć następnego. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Co się ze mną dzieje? Pamiętam, że to już wszystko było, a może w ogóle się nie kończyło, może złudzenia przykryły mi dni kołderką komfortu. Ale jakiego komfortu… Nie pamiętam czasów, w którym tak właśnie bym się czuła, po prostu nie pamiętam. Wszystko jest, ale nie ma. Wszystko mnie drażni, totalnie wszystko mnie drażni, czy mam znowu przemeblować pokój? Jak to zrobić, zastosowałam już chyba wszystkie możliwe konfiguracje mebli. Co z tego, że mam większe biurko, jak miejsca tyle samo, bajzel i rozpierdol, stoi tu wszystko, co nie jest potrzebne. Wszystko mnie drażni, bo nie śpiewam, bo nie wiem, co mam śpiewać, bo po co śpiewać, kiedy wszystko zostało powiedziane. BOŻE może trzeba się wreszcie schlać, może trzeba się zachować nieodpowiedzialnie, może trzeba spaść i z hukiem jebnąć w dno? Wszystko jest dobrze, ale nie jest. Próbuj, próbuj, idź do przodu, a jak się wywalisz, to wstań, WSTAWAJ KURWA i bez gadania. I ani myśl o tym, by się poddać, nawet nie myśl o tym, że nie dasz rady. A może ja nie dam, może czas wreszcie to przyznać, że nigdy nie będę tym, kim chcę, nigdy nie będę warta tego, kogo powinnam sobie wybrać, nigdy nie będę wiedzieć tyle, ile bym chciała, może nigdy nie wymówię słowa nakakapagpabagabag (I dare you). I co najważniejsze – nigdy nie przestanę tak pierdolić, nigdy nie przestanę używać słowa nigdy, nigdy nie zacznę w siebie wierzyć…

Maybe I should just give up, give in
Give up tryin’ to be thin
Give up and turn into my mother
God knows I love her

Argh.

Ogarnęła mnie frustracja pomieszana z niepokojem. Jestem zła, wściekła, najchętniej na czole wypisałabym sobie markerem FUCK OFF, ale może niektórzy poczuliby się obrażeni.

I try to express how I feel
But it changes every day and so I’m finding it hard

Let’s take life nice and easy
We could go somewhere breezy
But it gets so complicated
Everyone I fucking hated is in this room!

And I need to get away
And I can’t escape, (I can’t escape)
And I was thinking today
That I should think about taking…

My life…
My life…
To a higher plane!

Tak. Nie. Nie wiem. Nie obchodzi mnie to.

Właściwe podkreślić, nie właściwe skreślić.

Jestem nieco sfrustrowana. Nie mam ochoty pisać o powodach, małych słodkich tajemnicach, brudnych sekrecikach, o których myślę słuchając chińskiej muzyki, której słów nie rozumiem. Uwięziono mnie w małej klatce, w krótkiej etykietce, zaszufladkowano.
Może czasem trzeba odwrócić się dupą do całego świata, przykryć się kołderką, ułożyć głowę na podusi i po prostu mieć wyjebane, chociaż przez chwilkę?
Całe życie służę do wypełniania luk, niczym jakaś pierdolona złota plomba. Oba moje związki wynikły z wypełniania luki po kimś innym. Cały ten miłosny szajs… ostatnio życie daje mi dużo chwil, w których mogę docenić bycie forever alonem. Nie jestem negatywnie nastawiona. Jestem realistką. Umrę sama, zjedzą mnie patyczaki i jeżyki pigmejskie. I wcale mi to nie przeszkadza.

To nie wypada. To nie wypada tak przeklinać, nie wypada się nie odzywać, nie wypada się odzywać. Jedz, pij, graj, sraj, zapierdalaj ku ideałom, wiedząc, że są niedoścignione. Dołująco, trudno.

Mam zły humor, pomimo cudownego wieczoru w przemiłym towarzystwie. Wieczory u Lady with the spinning head są zawsze miłe i niezwykłe, i cała twarz mnie po nich boli od śmiechu.

Oh, anxiety.

Szukam swojej drogi, zawsze, wszędzie, nawet jak tyle stałam w miejscu i świat wirował, jak pojebany.

Ile jeszcze mogę znieść? Niepewność obezwładnia mnie.

Jestem dziwna.

Jestem dziwna. Jestem naprawdę dziwna. To akurat nie jest zupełnie nic dziwnego, bo każdy jest dziwny na swój sposób.

Zastanawiam się na tym, jak łatwo uwięzić się we własnej głowie. Jak łatwo wpaść w głębię i spadać i spadać, niczym Alicja w króliczej norze. Jak łatwo być ograniczonym przez własny mózg, przez nastawienie do siebie, do ludzi, do świata. Zastanawiam się, gdzie kończy się wybór, a gdzie zaczyna się przymus. Zastanawiam się, dlaczego nigdy wcześniej nie pomyślałam, że mogę być wszędzie, gdzie chcę i kiedy chcę. Że nie musi mi być dobrze i komfortowo, ale jednocześnie wcale nie musi być źle.

Jak to jest, że czasami najprostsze rzeczy wpływają na nas, na nasze zachowanie, na nasze życie, na nasz mózg.

Często powtarzam ludziom – If you say you can do something, you are right. If you say you can;t do something, you are also right.

Nie lubię, kiedy ludzie mówią „Nie chce mi się” albo „Nie napiszę” albo „Nie zrobię” albo „Nie dam rady, nie mam siły”. Wystarczy wywalić „nie”, spiąć poślady i do dzieła!

You smash the troubles I can’t take.

Dlaczego tak trudno mi wyrażać własne myśli? Dlaczego zrzucam to na język? Może po prostu urodziłam się z taką wadą i nie jestem zdolna werbalizować pracy mojego mózgu?

It is impossible to say just what I mean!

Dlaczego tak trudno mi poprosić o pomoc? Dlaczego tak trudno przyznać, że jej potrzebuję?
Dlaczego w ogóle ja żyję i tak pieprzę, wszystko psuję, co się tylko da, tyle chcę, a nic nie mogę, nic nie wychodzi tak, jakbym chciała, bo tak trudno mi ruszyć dupę i działać. A jednocześnie przecież wiem, że to nie prawda.

One, two, three, four.

When it’s too hard and too late,
When I’m too tired to run away
When it cant stay the way it was,
I need you ‘cause
You smash the trouble I can’t take
And all the pieces of the break
Evaporate, evaporate, evaporate

Chyba ciągle jestem romantyczką.

Stan trzeźwości oceniam po próbie pokrojenia kiszonego ogórka w równe plasterki jako naruszony; od kilku dni myślę o tej notce, bo czemu by nie, bo dawno nie, bo czasem trzeba usiąść i wylać.
Myślę sobie, ile to człowiek (w każdym razie ja) wiąże uczuć z przypadkowymi rzeczami: z zapachami, z piosenkami, z wyrażeniami, z liczbami, z datami, z miejscami… Wymieniałby i wymieniałby, aż ktoś Ci nagle mówi, że jego ulubiona liczba, to 27 i myślisz sobie, o co chodzi z liczbą 27. Aż nagle kilka dni później jest 27 listopada i doznajesz oświecenia, że kiedyś ta liczba coś znaczyła i nagle wiesz co. Zdziwiłam się, jaka już jestem pozapominana, jakie już wszystko od dawna pozamiatane, że nic na mnie nie robi wrażenia, a bynajmniej nie 27 listopada.
Myślę sobie, jakim jestem odbiorcą i jak to o mnie świadczy, kiedy oglądam Warsaw Shore, które takie Shore, jak i Warsaw. W świecie emotikonek moja twarz podczas oglądania tego programu wyrażałaby się w dwukropku i dużym O. Żenada, myślę, ale nie wyłączam, ale oglądam dalej, tak jak Miłość na bogato włączyłam raz i oglądam. Za każdym razem mam mentalnego facepalma, na czym świat stoi, ale oglądam. Co to o mnie mówi? Dlaczego oglądam? Czy jestem tępa? Czy pragnę tego, co oglądam? Dlaczego świat każe mi być kurwą i dziewicą w jednym, dlaczego nie kochamy kogoś, bo jest za gruby albo za chudy albo niewystarczająco męski, albo że pije w filiżance, a nie w kubku? Dlaczego odrzucamy przez detale, dlaczego pragniemy tego, czego nie mamy, a nie doceniamy tego, co jest? Dlaczego ciągle czekamy na coś lepszego, co, jak i dlaczego napędza naszą wiarę w to, że kiedyś będzie lepiej, może nie dziś, może nie jutro, ale kiedyś na pewno. Dlaczego ciągle chcę być kimś innym, chociaż wiem, że to niemożliwe, dlaczego odrzucam rzeczy, które inni przyjmują z chęcią i ochotą za pewniki, za wyznaczniki tego, kim jest człowiek, po co jest człowiek i dlaczego.
Jestem niedorosła, niedojrzała, nie rosną mi nawet zęby mądrości, chociaż mam już ponad 25 lat, a każdy ruch wskazówki zegarka krzyczy Strata, Strata, Strata.

Lepiej.

Wpisy – dodaj nowy. Niby od roku jest nowy system na blogu, ale mnie jakoś ciągle nieswojo.

Czy ktoś jeszcze, oprócz mnie zauważył, jaka piękna jest jesień w tym roku? Jaka ciepła, jaka słoneczna, jaka była dzięki temu kolorowa? Jesień zawsze ma dla mnie kolory liści, zapach jabłek i cynamonu, smak pieczonej dyni, dźwięk Coldplay, Laury Marling i Agnes Obel. I uczucie zakochania (ale nie w tym roku).

Słucham sobie muzyki Donatana i czuję się jak hipster, bo znałam zespół Percival na długo przed tym projektem.