Jak nie wyłysieć przez zimę?
W gruncie rzeczy lubię swoje włosy. Nie zmienia to faktu, że dbanie o długie włosy sprawia trochę kłopotów, a ja nie należę do osób, które godzinami mogą przesiadywać w łazience, niczym w eksluzywnym spa, i stosować miliony zabiegów.
Moje włosy w zimie bardzo przesuszają się, szczególnie na końcach - jest to wina temperatury - na zewnątrz chłód, a w pomieszczeniach gorąco. Dlatego ostatnio poświęciłam prawie dwie godziny na pozbywanie się rozdwojonych końcówek (o tak, to kolejna rzecz, jaką moje włosy uwielbiają robić, jakby chciały się rozmnożyć przez podział). O tym sposobie czytałam jeszcze w Bravo Girl albo innych Trzynastkach i polega on na podzieleniu włosów na w miarę równe części, a potem skręcanie ich i obcinanie włosów, które wystają z tego skręconego pasma. Działa zwłaszcza w przypadku włosów kręconych, takich jak moje, które nie mają jednej długości, tylko X warstw. Dół pasemka również przycinamy. Ważne, by nożyczki były bardzo ostre.
Dlaczego nie napisałam "Idziemy do fryzjera i prosimy go o naprawienie naszych włosów"? Fryzjer nie zna pojęcia "podciąć końcówki", chyba, że końcówki dla niego oznaczają 10 cm.
Jeśli chodzi o mycie włosów - zawsze należy je myć w lekko ciepłej wodzie, nigdy w gorącej. Jeśli macie długie włosy, nie nakładajcie ich sobie wszystkich na głowę i nie trzyjcie jak szaleni, bo mokre włosy są bardzo podatne na uszkodzenia i tylko je w ten sposób osłabiacie. Najlepiej nałożyć szampon na głowę i delikatnie umyć skórę głowy i włosy tuż przy niej, a resztę szamponu po prostu delikatnie zsunąć na pozostałe włosy i delikatnie je umyć (tak, użyłam w tym zdaniu 3 razy tego samego słowa, widocznie naprawdę mam na myśli delikatnie). W gruncie rzeczy to włosy przy skórze robią się tłuste i potrzebują najwięcej szamponu, a nie końcówki.
Odżywki też nie należy nakładać od nasady włosów, tylko mniej więcej od wysokości ucha - to końcówki potrzebują dodatkowego nawilżenia.
Wycierając włosy, nie trzyjcie ich nigdy ręcznikiem, nie wykręcajcie też ich jak prania - wystarczy zacisnąć na nich lekko dłoń i przesunąć w dół, a ręcznik owinąć wokół głowy i włosów. Jeżeli chcecie uczesać włosy, odczekajcie chwilę aż podeschną i czeszcie je grzebieniem o szeroko rozstawionych ząbkach - jak pisałam już wyżej włosy mokre są bardziej podatne na uszkodzenia, a w dodatku są bardziej rozciągliwe - czesząc je grzebykiem o gęstych ząbkach rozciąga się je, a potem robią się cienkie i słabe.
Dla dokładnego oczyszczenia skóry głowy polecam scrub z cukru - dla męskich włosów krótkich wystarczy łyżka oleju, łyżeczka miodu i płaska łyżka cukru, dla dłuższych i gęstych włosów składniki należy podwoić (trzeba trochę więcej, żeby faktycznie dotrzeć do skóry głowy). Tak panowie, Wy też możecie to na sobie zastosować. Mieszamy wszystko razem, moczymy dobrze włosy i nakładamy na nie miksturę, delikatnie masując skórę. Potem znowu moczymy włosy i myjemy dokładnie szamponem. Jak na mój gust nie należy tego robić zbyt często, żeby skóra za bardzo się nie przyzwyczaiła, ale wszystko zależy od tego, kto co ma na głowie. Osoby z AZS niech to przemyślą - stosowanie miodu może się okazać dość niebezpieczne, u mnie akurat to nie powoduje tragicznych skutków).
Stan naszych włosów zależy jednak przede wszystkim od tego, co jemy. Przydatne informacje znajdziecie TU, TU i TU.
A w ogóle to długie włosy są nieekologiczne i powinnam je ściąć (a potem wyglądać jak brązowowłosy kupidynek). Tak.
Do spodu. Do dna.
Żegnajcie, moje włosy. keiko-ryuzaki 2012-01-14 19:48:40 skomentuj (2)
Co za ruch!
Liczby 3 komentarzy nie widziałam już od dawna - macie za swoje - dziękuję za obecność i będę pisać ;)
Dzisiaj o koszmarach w innym wydaniu - od paru tygodni równomiernie wzrasta moja ekologiczna świadomość i poza standardowymi obrazami, jakich doświadczam w niezbyt miłych snach, pojawiają się plastikowe butelki, które zasypują ziemię i tony CO2 (i innych gazów cieplarnianych), które pozostawiam po sobie jako osobisty ślad węglowy (jeszcze wrócę do tego pojęcia w innej notce).
Aktualnie kończę czytać książkę Zieloni śpią nago napisaną przez pewną Kanadyjkę, która postanawia do swojego życia wprowadzać codziennie jedną ekozmianę. Niektóre są zupełnie minimalne, inne dość absurdalne, a niektóre to chyba nawet sama zastosuję.
Szkoda tylko, że nie mieszkam sama, byłoby mi dużo łatwiej, ponieważ nie musiałabym nikogo przekonywać do braku konieczności posiadania telewizora i abonamentu cyfrowego polsatu - przez ostatnie półtora roku oglądałam w telewizji tylko kilka odcinków Mam Talent, reportaże na żywo o śmierci Osamy bin Ladena, i co najwyżej parę odcinków seriali na Disney Channel, ponieważ mam komputer i wszystko oglądam na nim, i to bez durnych reklam.
Mam nadzieję, że nie zmienię się w totalnego ekoświra, ale już zaczynam myśleć o nasionkach, które urosną mi w rolkach od papieru toaletowego, żebym mogła je przesadzić do ziemi, materiałach na kompostownik z prawdziwego zdarzenia i miniszklarni z plastikowych butelek (sic!).
PS Mam kolejny dowód na to, że muszę ograniczyć korzystanie ze strony szatana znanej pod kryptonimem Facebook.com <- nie mogłam na niego wejść przez półtorej godziny i czułam się niepokojąco dziwnie.
keiko-ryuzaki 2012-01-09 21:24:51 skomentuj (4)
Zmiany na blogu.
Wbrew pozorom nie jestem narcyzem - chociaż zamyśloną Laurę Marling zamieniłam na kawałek swojej twarzy i kwiaty we włosach.
Już od dawna potrzebowałam zmiany bloga - tradycyjnie, zamiast zmieniać adres/portal, zmieniłam po prostu trochę jego wygląd.
Zmieni się też nieco tematyka.
Po ośmiu latach pisania o niczym (to znaczy głównie o mnie, no ale kogo by to wszystko...) postanowiłam zaryzykować i pisać, co myślę o świecie.
Nie mam pojęcia, czy czyta tu ktoś coś jeszcze, poza mną?
keiko-ryuzaki 2012-01-07 16:01:51 skomentuj (5)
Chcę mieć wybór!
Po przeczytaniu Dużej książki o aborcji utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że przerwanie ciąży na żądanie, do 12 tygodnia jej trwania, powinno być w Polsce legalne.
Dawno temu, kiedy miałam 15 lat, byłam przeciwna jakiejkolwiek formie aborcji. Karmiona filmami o cudzie narodzin, okrucieństwach lekarzy-rzeźników, którzy brudnymi szczypcami rozrywają płody i zakrwawione wyciągają je do zimnych metalowych basenów, a potem wyrzucają do kosza, jak śmieci, uważałam, że to po prostu nieludzkie i nie potrafiłam zrozumieć, jak kobiety mogą się zdecydować na zabijanie własnych dzieci, które czują, prawdopodobnie coś już tam sobie myślą, żyją. Do tego dochodzi propaganda - płody chińskich dzieci wiszące na banerach dookoła kościołów i na ulicach miast, a kobiety przedstawiane jako zimne suki-morderczynie, które nie chcą przytyć, dlatego wykonują aborcję.
Podchodząc do problemu z innej strony (i wieku) - kto dał nam prawo oceniać postępowanie innych ludzi, innych kobiet? Kto dał prawo decydować za innych? (Nie sprowadzając wszystkiego do granic absurdu).
Sytuacja życiowa każdego człowieka jest inna i są kobiety, które gdy okazuje się, że są w ciąży, są z tego powodu przeszczęśliwe.
Nie każda kobieta marzy dziś o tym, żeby zostać matką (na przykład ja). Ale skoro wiadomo, że jedyną drogą zajścia w ciążę jest stosunek płciowy, to, jeśli założymy że antykoncepcja bywa zawodna oraz jeśli kogoś kocham i chcę się z nim sobą w akcie miłości podzielić, mam go (stosunku) unikać, by uniknąć ciąży?
W żadnym wypadku nie mówię, że gdyby się okazało, że jestem w ciąży (co jeszcze długo nie nastąpi) i aborcja byłaby zabiegiem legalnym, natychmiast pobiegłabym do lekarza. Chodzi o to, że będąc w takiej sytuacji chciałabym sama za siebie zdecydować, ocenić, czy jestem w stanie urodzić i wychować swoje dziecko, czy mnie na to stać psychicznie, czy mnie na to stać fizycznie, czy mnie na to stać finansowo, czy jestem gotowa na takie poświęcenie - bo spójrzmy prawdzie w oczy - to kobieta nosi dziecko pod serduchem, to kobieta je potem karmi, to na nią spada większość obowiązków, niezależnie od tego jak kochanego ma towarzysza życiowego obok siebie - mężczyzna wielu rzeczy po prostu nie jest w stanie zrobić. Ciąża i dziecko to coś, co zmieni mnie na zawsze, już do końca życia będzie ze mną ktoś, będę za kogoś odpowiedzialna, będę matką.
A Polsce decyzję podejmuje za ciebie państwo w sojuszu z Kościołem - jesteś w ciąży = jesteś matką, deal with it, we don't care. I nie jest ważne, w jakiej sytuacji jesteś i czy twoje dziecko będzie miało warunki, żeby normalnie dorastać. Masz urodzić i wychować, bo to jest twój święty obowiązek. I nie daj Boże, żebyś się kiedyś poddała, nie możesz - inaczej jesteś wcielonym szatanem (albo coś takiego).
Może jestem zbyt liberalna, ale po prostu uważam, że jeśli ktoś nie chce mieć dzieci, to nie powinien ich mieć, ponieważ w przyszłości będzie bardzo nieszczęśliwy, że poniekąd został zmuszony do bycia rodzicem i odbije się to na dzieciach - po pewnym czasie albo je porzuci, albo będzie swoją frustrację na nich odreagowywał.
W kraju, gdzie przerywanie ciąży jest legalne, osoby, które są jemu przeciwne, nie muszą się poddawać takim zabiegom - przecież nikt im nie każe. I zmienia się tyle, że kobiety, które nie chcą mieć dzieci, nie muszą po prostu szukać pokątnych brudnych gabinetów z lekarzami-rzeźnikami, za ogromne pieniądze, ryzykować zdrowia i życia. (Piszę o tym w taki sposób, bo uważam, że jeśli kobieta naprawdę nie chce mieć dziecka, to i tak znajdzie sposób na to, żeby nie być w ciąży.)
I żeby było jasne, powtarzam (tak jak autorki owej książki, Kazimiera Szczuka i Katarzyna Bratkowska) - nie popieram, nie nawołuję do masowego wykonywania aborcji, popieram możliwość wyboru!
Skoro zaczęłam od refleksji i własnego zdania na temat samej możliwości, to może teraz coś o książce.
Łopatologicznie (czyli w tym przypadku dość prosto, ale rzeczowo) opisana jest w tej książce nie tylko sama aborcja - czym jest, a czym nie. Autorki, wyrażając i podkreślając przez cały czas swoje stanowisko w tej sprawie (pro-choice, czyli za wyborem), sięgają do stanowisk różnych religii, światowych organizacji, konwencji praw a także opinni rozmaitych osób. Dokonują również próby obalania mitów i przesądów na temat aborcji i jej skutków społecznych.
Chociaż nie udało się całkowicie uniknąć cynizmu względem Kościoła, ta książka nie jest jednym wielkim pojazdem po prawie i zasadach, jak się szczerze mówiąc spodziewałam, kiedy zobaczyłam, że jedną z autorek jest Kazimiera Szczuka. Poleciłabym ją tak naprawdę wszystkim, bo i do wszystkich, pomimo częstych zwrotów do żeńskiego czytelnika, jest skierowana, a zwłaszcza tym, którzy aborcję kojarzą jedynie z morderstwem i biletem do piekła w pakiecie.
I na koniec cytaty, które obrazują mniej więcej stan moich myśli względem kwestii legalizacji aborcji do 12 tygodnia ciąży (wśród wielu innych znalezionych w książce):
"Kilkaset tysięcy kobiet cierpi do końca życia z powodu komplikacji będących rezultatem pokątnych aborcji. Co piętnaście minut gdzieś na świecie umiera kobieta w wyniku powikłań po nielegalnych zabiegach aborcyjnych. Rocznie oznacza to około 60 tysięcy ofiar śmiertelnych zakazu aborcji. (str. 27)
Znamy ludzi, którzy będąc przeciwnikami aborcji, złożyli się na zabieg przyjaciółki, samotnej matki dwóch synów. Znamy osobę, która mówiła, że nie chce mieć dzieci i że zrobiłaby aborcję bez chwili wahania. Zaszła w nieplanowaną ciążę. Poczuła się szczęśliwa. Wbrew rozmaitym problemom zdecydowała się urodzić. Jest teraz bardzo zadowoloną mamą (str. 63)
Widzisz te wielkie zielone obszary na mapie, prawda? Tam, gdzie jest zielono, kobiety traktuje się jak dorosłe, samodzielne osoby, które mają prawo decydować o swoim losie. W żadnym wypadku nie są to tereny masowych mordów na niewinnych zarodkach. W krajch, gdzie aborcja jest legalna, ciążę przerywa się trzynastokrotnie rzadziej, niż w Polsce. (str. 79)
[Tu KLIK jest podobna mapa (tyle, że kraje te zaznaczono na niebiesko). Z kolei, jak wyczytałam gdzieś w internecie, chyba na Wiki, liczba nielegalnych aborcji w Polsce jest dyskusyjna - środowiska pro-choice mówią o nawet 200 tysiącach, a pro-life o najwyżej 13.]
Wojciech Eichelberg (psychoterapeuta):
Macierzyństwo nie powinno być skutkiem przypadku, głupoty, zaniedbania, gwałtu, przymusu, posłuszeństwa, konformizmu, strachu, religijnej egzaltacji czy leku przed boską karą. Bowiem macierzyństwo było, jest i powinno pozostać dobrem, cnotą. A cnota może istnieć i wyrazić się tylko wtedy, gdy sami decydujemy o sobie, o swoich czynach i swoim losie. To wolność wyboru, a nie przymus czyni nas odpowiedzialnymi i mądrymi. Dobro, choćby najwznioślejsze, z chwilą gdy staje się przymusem, traci swoją istotę i wiarygodność. Przymus rodzenia nieuchronnie degeneruje cnotę macierzyństwa do wymiaru zagrożonego sankcją i napiętnowaniem obowiązku, odbiera godność i wolność kobiecie, sprowadzając ją do roli upaństwowionego, prokreacyjnego agregatu, prowokuje uzasadniony, gwałtowny opór, silne negatywne emocje - czyli dobrymi intencjami obrońców życia brukuje drogę prowadzącą do piekła."
Karina Kunkiewicz (aktorka):
Kobieta która decyduje się na aborcję, podejmuje dramatyczną decyzję, ale to jej wybór. Nikt nie ma prawa niszczyć jej życia przymusowym macierzyństwem. Chcę, żeby rodziły się tylko chciane dzieci, dzięki edukacji seksualnej i dostępności środków antykoncepcyjnych. Aborcja jest wyjściem ostatecznym, ale czasem koniecznym. My, kobiety, mamy do tego prawo.
Krzysztof Łabądź (przewodniczący Komisji Zakładowej Wolnego Związku Zawodowego "Sierpień 80")
Ja nie tylko popieram prawo kobiet do wyboru, ja się domagam od rządu, żeby w końcu kobiety były traktowane normalnie, po prostu normalnie. W wielu krajach wciąż te normy wyglądają, delikatnie mówiąc, nieciekawie. Polska jest jednym z nich. Ja nie chcę żyć w kraju, gdzie normą moralną ma być przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka, w tym przypadku kobiety, z której rządzący zrobili inkubator. Moim zdaniem w sprawie aborcji każda kobieta powinna mieć prawo decydowania o sobie. Słusznie ktoś powiedział: nie chcesz aborcji, to jej sobie nie rób. Szkoda, że faceci nie mogą rodzić, może wtedy niektórzy zrozumieliby, o co chodzi. Chciałbym doczekać czasów, gdy rządzący będą się zajmować dziećmi już narodzonymi i zadbają o ich prawidłową edukację, zadbają aby dzieci nie chodziły głodne. To jest wyzwanie.
Joanna Piotrowska (założycielka Feminoteki)
Nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby mi mówić, czy mam urodzić, czy nie. To ja, jako kobieta, jeśli zdecyduję się na dziecko, poniosę wszelkie konsekwencje tej decyzji - zdrowotne, finansowe, społeczne. To mnie mogą nie przyjąć lub zwolnić z pracy, to ja mogę być na utrzymaniu męża/partnera, który się znęca nade mną psychicznie czy fizycznie, to ja w końcu mogę zostać z dzieckiem sama, bo mąż/partner znajdzie sobie inną/innego, albo umrze. To w końcu ja będę - jak i inne kobiety w Polsce - karana za posiadanie dziecka, niższą pensją, niższą emeryturą, zdrowiem, brakiem czasu, nadmiarem obowiązków, brakiem alimentów. Nie można żądać od kobiet heroizmu. A takim czynem jest w Polsce decyzja o urodzeniu dziecka. Kobiety same powinny zdecydować, czy są gotowe, czy stać je psychicznie, finansowo, fizycznie, na takie poświęcenie i czy mogą lub chcą tak żyć. Kobieta bez możliwoci wyboru dotyczącego urodzenia dziecka, lecz zmuszona do jego urodzenia, kobieta bz możliwości skorzystania z taniej i skutecznej antykoncepcji oraz bez dostępu do wiedzy na temat swoich praw prokreacyjnych i edukacji seksualnej, to kobieta zniewolona. Dlatego całym sercem popieram prawo do wolnego wyboru. W każdej kwestii, a także, a raczej przede wszystkim, w kwestii prawa do przerwania ciąży.
keiko-ryuzaki 2012-01-06 16:06:15 skomentuj (0)
Welcome in 2012!
Notkę miałam gotową, ale niestety z powodu szaleństwa mego laptopa nic z niej nie zostało.
Moje postanowienia noworoczne: spełniać postanowienia noworoczne ;), być bardziej obowiązkową, lepiej zorganizowaną, nauczyć się planowania czasu, regularnie trenować, nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę, nie marnować życia!
Jędzą pewnie i tak pozostanę. :)
keiko-ryuzaki 2012-01-04 23:10:25 skomentuj (0)
Ograniczyć plastik.
Film, który dzisiaj obejrzałam skłonił mnie do pewnych refleksji dotyczącej ekologicznej strony mojego życia. Należę do osób, które segregują odpady, ale dopiero dziś zrozumiałam, że to nie wystarcza. Ale gdyby chcieć spróbować żyć bez plastiku, to wydaje się to praktycznie niemożliwe. W każdym razie postanowione - ograniczam jego zakup do niezbędnego minimum!
Wszystko nieustannie płynie, zmienia swoją formę; Ziemia się obraca wokół siebie, pędząc wokół Słońca... Wszystko, tylko nie ja.
Jeśli kiedykolwiek miałam w sobie chociaż cząstkę pielgrzyma, to prawdopodobnie już dawno umarła. Już nie poszukuję niczego, chociaż nie rozumiem, wcale nie pragnę szukać, by zrozumieć.
Jeżeli kiedykolwiek chciałabym być wampirem to dlatego, że mogłabym podczas swojego długiego życia przeczytać wszystkie książki, jakie tylko napisano. I dlatego, że one nie chodzą do łazienki.
Może jestem taka jakaś stara, chociaż chciałabym ciągle mieć szesnaście lat.
Całą noc ten dźwięk
powracał
i powracał
padający, cichy, wytrwały deszcz.
R. Creeley The Rain
keiko-ryuzaki 2011-12-28 18:53:00 skomentuj (0)
Down by the riverside.
Ubrać się w czarną, żałobną sukienkę. Rozpuścić włosy, niech wiatr robi z nimi, co chce. Na nogi czarne rajstopy, chociaż na pewno zmarznę. W słuchawkach coś z fortepianem, ale nie Chopin, bo Chopin to za dużo na umieranie.
A potem iść, iść gdzieś przed siebie, obok drogi i liczyć, że z mrugnięciem powieki nagle się zniknie. Tak po prostu zniknie, na zawsze, że zniknie razem ze mną wszystko co moje, co o mnie, co do mnie. Ale tak się nie da, bo ktoś zawsze będzie o czymś pamiętał.
keiko-ryuzaki 2011-12-18 18:31:58 skomentuj (0)
***
Czasami przychodzi mnie odwiedzić
z kątów mojej głowy
kiedy jestem słaba
i nie mogę biec
Zawsze wie kiedy to jest
i przychodzi
przybywa poddawać mnie torturom
przychodzi żeby mnie kusić
Przychodzi by wywołać wrażenie
że mam jego kawałek
pozwala się dotykać
mentalnie
Ogarnia mnie dłońmi
i chociaż się często nie mieszczę
wtedy wiem -
prawdziwie jestem
21 XI 2010
A teraz zagadka - Kto przychodzi?
keiko-ryuzaki 2011-12-17 22:00:34 skomentuj (1)
.
Jedyne, czego zawsze się bałam w związku z umieraniem, to że czegoś nie zdążę zrobić.
Teraz jest trochę inaczej.
keiko-ryuzaki 2011-12-11 21:57:05 skomentuj (0)
Starzeję się.
To niby oczywiste, bo starzejemy się od urodzenia, a nawet i przed. Od chwili, w której jesteśmy kupą komórek, nieustannie zmierzamy do końca.
Jest mi zimno podwójnie, bo chłód z zewnątrz, a drugi z wewnątrz, tak mnie ogarniał wprostproporcjonalnie do rosnącej odległości odjeżdżającego pociągu.
Jest coś takiego w odjeżdżającym pociągu, że boli.
Nachodzą mnie w zimie (zawsze) czarne myśli. Żeby kierownica na zakrętach była prosta, żeby wspiąć się gdzieś i spaść, żeby stanąć pośrodku jezdni i stać, aż mnie coś zdmuchnie (choć to kurwa trudne by było).
Ale przecież trzeba walczyć, nie wolno się poddać, nie wolno się wciągnąć w tę ciemność, która jest głucha i piszczy mi od niej w uszach.
Mam koszmary, kiedy śpię w łóżku, które rośnie. Ale kanapę połamałam i plecy mnie od niej bolą. No to odwiedza mnie najdroższy ojciec, niechciane ciąże, niezaliczone przedmioty na polonistyce, praca o Potterze, która nie jest napisana.
Piję herbatę z pokrzyw.
A pokrzywa przetworzona jest całkiem dobra. To tak jak z kobietami o poranku, które przetwarzają się przed lustrem. (No głupia metafora tej, co się nie maluje, bo i tak jej żaden mejk ap nie pomoże.)
Ponarzekałam, rola bloga spełniona, lżej mi nieco na duszy.
A teraz trzydniowy sen zimowy, leżę, czytam, i nie wychodzę z domu.
Tak się składa, że nie lubię uczuciowej wylewności publicznej, w żadnej formie, czy to wśród ludzi, czy to na opisach gg, czy to na blogu. Przynajmniej nie w takiej formie, co większość.
No ale to już rok. Jeden rok. Cały rok. Pierwszy rok.
keiko-ryuzaki 2011-11-20 19:00:03 skomentuj (1)
Czuję brak sensu egzystencji.
Po prostu.
Brak.
Sensu.
Tak mi jakoś ciężko (może dlatego, że ważę jakieś cztery tony i za niedługo dźwig mnie nie będzie mógł podnieść nawet podnieść).
Jestem taka załamana sytuacją własną, że nie mam komfortu nawet takiego jak czekolada w opakowaniu 'otwórz-zamknij'.
Nie potrafię się uczyć, bo mi się wydaje, że umiem, a przecież gówno całe umiem i wiem to, a potwierdzi się to przecież ocenami.
Dlaczego do cholery nie mogłam iść na rosyjski?
Dlaczego Uniwersytet Rzeszowski nie spełnia marzeń studentów? Bo chęci brak.
Nienawidzę niemieckiego, wspominałam to już kiedyś? To jest język piekieł. Sam Adolf w piekle nauczył wszystkich niemieckiego, bo miał moc przekonywania i charyzmę.
Ja nie mam charyzmy, mam wrażenie.
Napisałam ostatnio wiersz o kimś, zaraz po przebudzeniu to uczyniłam i w sumie to nie wiem. Może listem wyślę, może pójdę tam i przeczytam, bo MI może będzie lepiej, może lżej. Ale w gruncie rzeczy strach nie minie, obawy nie odpłyną, już nigdy chyba, dopóki...
Chciałabym umrzeć i co pięć minut chcę, ale nie z powodu patosu umierania, tylko żeby moja głowa przestała być taka ciężka, jak również reszta mojego ciała.
Czeszę warkocze i wyglądam jak damska wersja Obelixa; czeszę francuskie warkocze, wyglądam jak zapaśniczka, z tym, że nie mam w ogóle siły.
Lubię się czasami poużalać w swej myślodsiewni zwanej dalej kr blogiem (znaczy tu).
A jutro będzie pięknie, bo nauczę się mówić po niemiecku, a potem w nagrodę posłucham płyty Coldplay, które dało mi moje LovE.
Czasem mi dobrze jest z własnym dziwactwem.
keiko-ryuzaki 2011-11-19 20:12:09 skomentuj (0)
NIE pewność.
NIE pewność. To wszystko, co może mi dzisiaj dać świat.
Jestem jak wielka łódź w zderzeniu z wieeeelką górą lodową.
Pierwszy raz posoliłam ziemniaki tak, że czuć sól.
Robię sałatki warstwowe i sos osobno, bo nienawidzę jeść takich pomieszanych na drugi dzień, bo smakują wodą.
Zupa-krem z dyni i jarzyn, a lampion wycięty przez moje tzw. LovE stoi w wiatrołapie i szczerzy zęby do każdego, kto wchodzi.
Burleska za chwilę, a potem gramatyka praktyczna.
A jutro znowu łyżka szczęścia i zwiedznie świątyni konsumpcjonizmu Millenium Hall po raz pierwszy.
Dlaczego niektórzy ludzie są takimi skurwysynami?
(pytanie retoryczne)
.
keiko-ryuzaki 2011-10-30 17:28:44 skomentuj (0)
Florence.
There's a ghost in my lungs
And it sighs in my sleep,
Wraps itself around my tongue,
As it softly speaks
keiko-ryuzaki 2011-10-02 08:21:45 skomentuj (0)
Pamięć...
... zabawna rzecz.
keiko-ryuzaki 2011-09-26 00:05:02 skomentuj (0)
I need a...
- przemeblowania pokoju
- nowych ciuchów
- odrobinę więcej czasu
keiko-ryuzaki 2011-09-11 20:52:06 skomentuj (0)
Bo wiecie...
... jak jest u mnie ze sprzątaniem.
Zawsze, kiedy sprzątam pokój, odkurzam, ścieram, układam na półkach, wywalam zbędne rzeczy - zawsze na podłodze zostaje mi kupka niewielkich śmieci. I za nic nie chce mi się jej pozbierać, tylko ją miotłą przesuwam na bok, albo z boku na środek, albo na drugi. I ta kupka tak leży, dzień, drugi, trzeci, tydzień, dwa. Aż od nowa w pokoju całym robi się bałagan. I dorzucam te niewielkie śmieci na tę kupkę i znowu tak.
To doskonale obrazuje moje zachowanie również w życiu. Nawet, jak coś załatwię, to nigdy do końca - zawsze zostaje jakaś kupka do przesuwania.
Nie macie nawet pojęcia, jak bardzo tego w sobie nienawidzę!
Aby nie emanować jednak negatywną energią (tzw. shit), pozwolę sobie przejść do rzeczy przyjemniejszych - udało mi się dzisiaj skończyć pierwszy wrapowy projekcik - zawieszkę zrobioną z drutu miedzianego.
Przez pierwsze dwie godziny roboty wydawało mi się, że o ile wrapowa biżuteria podoba mi się bardzo, o tyle jej wykonywanie chyba nie jest dla mnie. Potem jednak szło mi lepiej, i już zamówiłam sobie trochę drutu na kolejne zawieszki. (Jak wreszcie będzie mi się chciało iść po aparat i kabel, to "pochwalę się" w mojej fejsbukowej galerii). Tak jak i kompletem, nad którym ślęczałam chyba ze dwa dni, bo składa się z niezliczonej ilości koralików. (Widzicie? Kupka do przesuwania).
keiko-ryuzaki 2011-09-07 19:43:26 skomentuj (0)
Z cyklu "Nienawidzę poniedziałków" (czyli gówniana notka).
Rano szpital w Strzyżowie - wypisanie nowego świstka, bo na starym była pomyłka. Pani w pokoiku o białych ścianach chce mnie ugryźć, a przynajmniej wygląda tak, jakby chciała.
Dziekanat, dwie godziny później. Dowiaduję się, że szanowny pan dziekan wciąż zastanawia się nad pozwoleniem na studiowanie przeze mnie dwóch filologii, bo na obu będę na pierwszym roku - to nic, że jedne to studia drugiego stopnia, więc tak jakby na czwartym (i to nic, że ta sama pani w dziekanacie, która w lipcu powiedziała mi, że to nie ma znaczenia, bo przecież kontynuuję, dzisiaj tłumaczyła mi, dlaczego jeszcze nie ma odpowiedzi właśnie w ten sposób <- przynajmniej była miła). Anyway, Europo - znowu Cię kurwa kocham.
A potem jeszcze ZUS. Jak słyszę ZUS czy myślę ZUS, to od razu robi mi się niedobrze na myśl o wielogodzinnym czekaniu w kolejce i niezbyt miłych urzędnikach. Tu byłam pozytywnie zaskoczona, bo poszło szybko i miło.
A potem mama grzecznie prosi - idź sprawdź licznik w aucie. Traffic - nigdy nie jechałam, nie zostałam poinstruowana, jak obsługiwać pilota i na każdą moją akcję samochód wył alarmem. Więc się poddałam i wkurzona wróciłam na górę.
Wieczór, po powrocie do domu - patrzę na mój pokój i myślę "Tornado...". Trzeba więc zebrać do kupy regał. Brak moich umiejętności połączonych z chu*owym wykonaniem części owego regału, skutkował wieloma wulgaryzmami, zanim Super Mama nie wkroczyła z wkrętarką. No i regał ready, ale teraz nie mam siły ani chęci niczego na nim postawić.
Ale i tak mam ostatnio wrażenie, że ledwo wrzesień się zaczął, ludzie już wywąchali w powietrzu modę na jesienną deprechę (pomijam tych, którzy mają takową przez cały rok ;)). I nic im nie pasuje, ani Twój uśmiech, ani Twoje dzień dobry, ani Twoje dobre intencje, ani Twoje dobre działania. I zewsząd życie podsuwa Ci gówno, śmierdzące, paskudne, ble. I AM SICK of ALL THE NEGATIVITY.
Serio, ludzie, serio Polacy. Skąd nasza zdolność patrzenia na wszystko w negatywny sposób? Skąd w nas tyle negatywnej energii? I ważniejsze - dlaczego, cholera, nie umiemy sobie z tym radzić inaczej, niż wywalając nasze gówno na innych ludzi? Ja też to często robię i niestety nie umiem wytłumaczyć skąd to głupie przyzwyczajenie.
Fakt - każdy z nas ma jakiś wkurwometr - do pewnego stopnia jeszcze jesteśmy spokojni. A tu jak nie pani w szpitalu, jak nie pan dziekan, jak nie katastrofa smoleńska w radiowych wiadomościach, jak nie regał, jak nie kolejne wspaniałe pomysły naszych wspaniałych polityków, jak nie dziury w drodze, jak nie wszechobecne chamstwo młodych gniewnych, to w sumie naszemu wkurwometrowi zaczyna brakować skali. I wybuchamy gównem.
Imaginujecie sobie taki obrazek, kiedy pada gówno zamiast deszczu? Fu.
* gówno - cholernie negatywna energia, frustracja, którą, zazwyczaj bez konkretnego powodu wyładowujemy na otoczeniu.
Wy
Mali ludzie
Niewolnicy kawy i papierosów
Dopowiadajcie sobie co chcecie do strzępków które
niechętnie Wam rzucam
A potem śledzę Wasze myśli z rozbawieniem
jakbym czytała Grocholę
Ja
Mniejsza od Was
ale większą uczyniona
przez Wasze słowo
4 IX 2011
* * *
Poza tym nie ogarniam.
Marzę (jak każda kobieta) by zamiast brzucha, rosły cycki.
Normalnie zdechło Ci się blogu, bo nie mam o czym pisać. Trwam w równowadze i nie mogę pitolić o niczym, kiedy tak.
* * *
Dziś był Tarnów z moim tzw. LovE. Nie ma to jak jechać 100 kilometrów, żeby zobaczyć fontannę w kształcie układu słonecznego, z obracającymi się w okół własnej osi planetami (znaczy kulami z granitu, którym można było w dodatku zwiększyć prędkość, jak się chciało :D) <- ale warto było.
A w Rze odwiedziliśmy Tesco, które teraz jest extra (dyskusyjne).
keiko-ryuzaki 2011-09-04 22:46:39 skomentuj (0)
I will figure it out.
Za dużo czasu spędzam na rozmyślaniu o tym, co nastąpi. Muszę przestać, muszę zaczekać, aż nastąpi, a potem I will figure it out.
Zmiana sytuacji częstokroć sprzyja procesom myślowym.
Po kilku latach od wprowadzenia się do domu w Węgliskach, zabrałam się wreszcie za ogarnięcie mojego szwaczego bałaganu. Ciągle w trakcie :), ale i tak są postępy.
W zasadzie nie pamiętam, kiedy Skeld wręczył mi płytę z Baldur's Gate (cholernie dawno), ale dopiero wczoraj, czy przedwczoraj wreszcie ją uruchomiłam ;P. Jakoś na razie mi nie podeszła, ale zobaczymy.
Pretty Little Liars - on air.
keiko-ryuzaki 2011-08-10 22:21:04 skomentuj (0)
Małe przyjemności, cz.1
Sprzątanie pokoju.
Nie ma sprzątania pokoju bez odpalenia stacjonarnego kompa, podłączenia go do pożądnego stereo (w porównaniu do moich zwykłych głośników), słuchania bardzo głośno muzyki z czasów liceum, albo wcześniejszych. Zadziwiające, że bez problemu idzie mi sing-along do większości.
Na swoim ksero tomiku Johna Keatsa zawiązałam trzy fioletowe kokardki. Mam fazę na kokardki, na różowy i fioletowy, na zapachowe torebki.
Naprawiłam wczoraj swoje łóżko, którego stelaż trochę się już powyginał - z powodzeniem obsłużyłam wiertarkę :D Teraz przynajmniej nic już nie skrzypi i nie mam obawy, że w środku nocy nagle z wielkim hukiem wyląduję na podłodze (chyba, że zawali się cała podłoga i nagle wyląduję w kuchni -.-)
Ponadto od nowa uczę się jeść nie dodając do niczego tłuszczu, nie jeść słodyczy, chleba, ziemniaków. Znowu. Ale trzeba próbować. To będzie (kiedyś) kolejne spełnione marzenie.
Przeczytałam kiedyś na opisie mojej młodszej damy: "Nie rezygnuj z celu, tylko dlatego, że wymaga czasu - czas i tak upłynie. Niby takie oczywiste, a jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy.
:)
keiko-ryuzaki 2011-07-28 17:28:07 skomentuj (0)
O niczym.
Jak zwykle, bo to wychodzi mi najlepiej.
Rok temu postanowiłam sobie, że poprawię maturę z angielskiego i dostanę się na filologię angielską. Poprawiłam, dostałam się. Teraz czekam tylko na pozwolenie od dziekana, żebym mogła studiować 2 kierunki. Moje marzenie staje się rzeczywistością. Dziwne uczucie, chociaż ostatnio wcale nie takie rzadkie.
W pokoju jak zwykle bałagan, którego nie chce mi się ogarniać, chociaż wiem, że muszę.
Czasami odczuwam wielki strach przed studiowaniem, ale zaraz potem się uspokajam. Przecież nie będzie aż tak źle.
Oglądałam ostatnio Amelię i niestety nigdy, w przeciwieństwie do bohaterki tego filmu, nie potrafiłam się cieszyć z drobiazgów. Uczymy się jednak całe życie, więc może kiedyś zdobędę tę umiejętność. I na przykład zacznę od posprzątania w pokoju, a potem zawiążę na czymś różową kokardkę (żeby było ładnie).
(Tak, chyba wracam do pisania bloga)
keiko-ryuzaki 2011-07-27 13:36:07 skomentuj (0)
Mama.
Może byś wreszcie posprzątała po tym cholernym pikniku?! Zabrała te szmaty co tam leżą mokre i wyprała!
(godzinę później)
Gdzie mi z tymi szmatami do łazienki! Masz zakaz prania w soboty, jak ja jestem w domu! Przecież widzisz, że nie ma gdzie powiesić!
Po co tyle wody lejesz do wanny?!
N i g d y nie będę mieć dzieci.
keiko-ryuzaki 2011-07-02 15:48:06 skomentuj (2)