Wylewam.

Wylewam swój mózg, ostrożnie, powoli; chciałabym wylewać gdzieś w czeluści papierów, ale wylewam tu.
Powód pierwszy jest taki, że mimo iż od udaru minęły w miniony wtorek dwa lata, nadal bazgrzę jak kura pazurem (bo nie ćwiczę ręcznego pisania). Nadal mam problemy ze stopą (bo ćwiczę za mało), nadal nie umiem biegać (bo nie ćwiczę i dodatkowe kilogramy mi przeszkadzają), nadal… Mogłabym wymieniać powody, dlaczego już zawsze będę tą, która przeżyła udar w wieku 27 lat, gdzieś tak o 40 lat za wcześnie; przeżycie na tyle ogromne, że za każdym razem, kiedy się przedstawiam, mam na końcu języka „Cześć, jestem Ania, przeżyłam udar niedokrwienny lewej półkuli mózgowej dwa lata temu”; jakby już nie było więcej niczego, co by mnie definiowało. Nie, „Jestem Ania, pracuję jako tester oprogramowania” albo „Jestem Ania, jestem z Polski, chociaż dla niektórych moje miasto to już Ukraina”. Smutne. Przypomina mi o udarze każdy dzień w pracy, kiedy przez 8 godzin trzymam prawą ręką myszkę i boję się puścić; jakby od trzymania tej myszki zależało coś ważnego. Przypomina mi o udarze każdy krok prawej nogi, z opadającą stopą. Przypomina mi o tym dosłownie wszystko, od porannej toalety do wieczornego gotowania, kiedy wszystko robię lewą ręką, zamiast kurwa prawą. Nie da się o tym zapomnieć, choćbym chciała najbardziej na świecie.

Powód drugi jest taki, że mieszkam w kraju, w którym są trzy urzędowe języki; w części flamandzkiej mówią dialektami, a każde większe miasto ma swój własny dialekt. I co z tego, że pierwszą część kursu, na który szłam prosto z pracy, dwa razy w tygodniu na bite trzy zegarowe godziny, ukończyłam z wynikiem 97%? Ik begrijp het niet, nie rozumiem znaczy, kiedy rodzina mojego faceta/ co-workers/ ludzie na ulicy rozmawiają między sobą. Dutch Dutch (czyli niderlandzki w Holandii) z kolei mnie męczy, słuchanie tego maaR, meneeR, GraaG… I cóż z tego, że mam 7 gigabajtów kursów, memrise.com, clozemaster, nawet Duolingo na WP10, kiedy wszystko jest Dutch Dutch?! (tak nawiasem mówiąc, mam podwójny licencjat z polskiego i angielskiego, i niedokończonego magistra… [i, tak, pracuję jako software tester] piszę to, żeby wyjaśnić poziom mojego lingwistycznego wkurwienia). Powodem nie jest jednak flamandzki ani niderlandzki ani nawet angielski. Powodem jest brak kogokolwiek, kto by mnie zrozumiał…

Anyway, piszę tu, bo nie mam gdzie. Ten blog zniósł o wiele gorsze momenty. Nie napiszę, o co mi chodzi (jak zwykle zresztą…) W obcym kraju mam pracę. Mam chłopaka. Mam gdzie mieszkać. Mam co jeść. I… Mam doła.

I’m too old for this shit.

Na pisanie bloga mówiąc dokładniej; tego bloga który pamięta mnie sprzed 14 lat (o jeny, to już czternaście?!), który ma dowody świadczące przeciwko mnie.

Ale mam potrzebę wyrzucania zawartości mojej głowy, porządkowania, jak Dumbledore w myślodsiewni. A gdzie to zrobić, jak nie tu?

Emigracja. Belgia. To było moje marzenie, odkąd wróciłam do Polski z Erasmusa w lipcu 2014; wyznaczyłam sobie deadline – 1 lipca 2015. Życie potoczyło się inaczej, niż bym tego chciała. Niemal natychmiast znalazłam pracę – zgodnie z moją filologiczno-nauczycielską misją zostałam… testerem oprogramowanie medycznego.

W październiku odbyłam podróż po południowej Polsce z poznanym w internecie Belgiem – pierwsza randka w obozie zagłady Auschwitz i potrącenie jelenia połączyło nas na wieki… no, przynajmniej do teraz jesteśmy razem.

W sierpniu 2015 przydarzył (zachorowałam na? miałam atak? nadal nie wiem, jak należy o tym mówić) mi się udar niedokrwienny lewej półkuli mózgowej, co oznaczało m.in. wykrzywioną twarz, paraliż prawej strony ciała, wózek inwalidzki, afazję, etc.; przy okazji był to test życia dla wybranka mego puchatego serduszka. Zdał, chociaż mu tego nie mówię, bo takich rzeczy się nie mówi. Przynajmniej do teraz jesteśmy razem.

Od tego czasu zgubiłam 32 kilogramy, ale 7 już się odnalazło. Trzeba je będzie od nowa zgubić, tak na dobre.

Sześćset dwudziesty piąty wpis.

Jestem w związku love-hate z tym blogiem.

Myślę o tym, co się stało; gdzie byłam rok temu, jak się wtedy czułam. Dlaczego ptaki pozostają na jednym obszarze, skoro mają skrzydła? Dlaczego nie odlecą?

Dzieje się to, czego tak strasznie się bałam – grzęznę. Grzęznę w miejscu, które nazywa się Polska, we wsi Węgliska, na przemian z miastem Rzeszów. Nie jest źle, ale jest źle.

Nie potrafię zrobić tylu rzeczy w ciągu doby, ile sobie życzę. Produktywność spadła, pragnienie bezmyślnej odmóżdżającej rozrywki wygrywa za każdym razem. Gniję, gniję przez tym migającym monitorem od rana do nocy; gapię się na cudze życia przez szkiełko, a moje ucieka mi przez moje atopowe palce.

Wkurwia mnie ta sytuacja, wkurwia mnie, że muszę użyć słowa „wkurwia”, bo nie chcę szukać innego na opisanie tego, co czuję. Wulgaryzmy świadczą o ubogim zasobie słownictwa i jest mi przykro, że ja, dyplomowana polonistka, podwójna filolożka, wszechstronnie uzdolniona, bo obecnie pracująca w branży IT… Jest mi smutno, stresująco, źle. Jest mi źle, że się martwię, ale wiem, że to nie są zmartwienia bez powodu. Jest mi źle, że uciekam od wnętrza w pracę.

I myślę sobie, że studia nie mają znaczenia, że niepotrzebnie się przejmowałam pewnymi rzeczami; że kiedy musisz iść do lekarza i nie możesz znaleźć ani jednego miejsca parkingowego w centrum miasta przez 30 minut i w końcu się poddajesz, nie ważne ile masz dyplomów.

I w ogóle – że wszystko staje się takie trywialne, gdy dzieje się coś złego. Budujemy sobie te nasze małe słomiane chatki komfortu, na fundamentach naszych postanowień bycia lepszymi, postanowień układania sobie życia jak puzzli, kawałek do kawałka. Nic nie jest stałe. Świat ani na moment nie przestaje się ruszać. Raz jesteś na wozie, raz pod wozem, a za chwilę ktoś może Cię zdmuchnąć jak świeczkę i nic nie ocali od zapomnienia.

Cholerność i dołowatość tego świata przytłacza mnie jak często wcześniej. Miażdży. Jak mam odepchnąć ten ciężar, jak powiedzieć, żeby sp… spokojnie udał się w inne miejsce?

Nie wiem.

101 kilogramów nieszczęścia w trampkach.

Mój mózg wywrócił się do góry dnem. Mój mózg się wywrócił. A może wypadł, może w ogóle się zgubił, tylko dlaczego moja głowa jest cięższa, niż zwykle?
Znowu ogarnia mnie ciemność. Chyba dementor wrócił pod moje łóżko. Jest miejsce, bo nie ma noży, tylko tony kurzu. Jestem w dole.

Nie potrafię być szczęśliwa.

No walls can keep me protected
No sleep, nothing in between me and the rain
And you can’t save me now
I’m in the grip of a hurricane
I’m gonna blow myself away

Co to a bzdura w tytule, aż sama sobie się dziwię, że to napisałam, bo przecież jeszcze nie tak dawno, jeszcze pamiętam, jeszcze…

I’m going out, I’m gonna drink myself to death
And in the crowd I see you with someone else
I brace myself ’cause I know it’s going to hurt
But I like to think at least things can’t get any worse

Mam ochotę zresetować sobie mózg (tak się w ogóle da?), nabawić się amnezji jakiejś, czy czegoś.
Nie potrafię się odnaleźć, ani wziąć w garść. Nie potrafię wziąć rzeczy w swoje ręce. Coś mnie blokuje, nie wiem co; jeśli nie ja sama, to miejsce, jeśli nie miejsce, to ludzie. Czuję się zniewolona, chociaż to absurdalne.

Mam typowe problemy pierwszego świata, które nikogo nie obchodzą (i w sumie dobrze).

And I never felt so alive and so dead

Stoję w miejscu.

Chociaż miejsce nie to samo.

Miejsca mogą i potrafią zmieniać ludzi. Gdzie ja jestem? Co tu robię? Dlaczego tu jestem? Zastanawiam się, tracę czas, tak bardzo, tak dużo, tak cenny. Chcę, ale nie działam, więc może wcale nie chcę? Może mi dobrze, za dobrze może. Zapomniałam się na chwilę i już się coś zdążyło popiętrolić.
Taki przyjemny chłód otwartego okna o 23.18.

Co się dzieje, co się ze mną dzieje? Dlaczego od dziesięciu lat rzucam w próżnię tego bloga różne pytania, na które wcale nie szukam odpowiedzi? Chce mi się spać. Jestem zmęczona. Jestem sobą zmęczona nieustannie od 15 lat i nie potrafię tego zmienić.

Szczęśliwość. Smutność.

Mam w głowie tony myśli nieobjawionych, sekretnych, nagromadzonych przez rok lub dwa (nie pamiętam już). Nikomu nie mówię, nikomu nie chcę powiedzieć, nikomu nie mogę powiedzieć. Mam stany maniakalno-depresyjne, całe życie, albo szczęśliwość albo smutność. Ciemność nie sprzyja, światłość nie sprzyja; czasem myślę, że urodziłam się w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu, że nie pasuję, że marzę o tym, żeby czas się zatrzymał, proszę go, błagam, ale on jest taki głuchy, bo uwielbiam go marnować i się mści, san av a bycz. Piszę za długie zdania, boję się kropek, boję się być stanowcza w tych sprawach.

Znowu odsuwam od siebie to, co nieuniknione.

Hejt.

Self-hejt, to be exact. Przeszłam dzisiaj taką fazę self-hejtu, jakiej już dawno nie przechodziłam. Uwielbiam codziennie narzekać na swoje przywary, a potem nic z nimi nie robić. Robię to z powodzeniem od 15 lat. Od kilku tygodni mam w głowie „niech mnie ktoś ogarnie” albo nawet „niech ktoś coś teraz” i zapominam, że nic, nikt, nigdy. Ja pierdolę, jaki facepalm. Co się ze mną dzieje? Co się ze mną dzieje? Zadaję to pytanie nieustannie i nie wiem, nie znajduję odpowiedzi (bo może nie szukam, nie wiem, nie mam czasu, zapierdol na fejsie, zarobiona jestem).

Jestem już za stara na te sprawy, motylki, pocałunki, kwiatki, a jednocześnie za młoda na wszystko, co następuje po. Wiatr chce urwać mój dach, duchy spacerują po poddaszu i się tłuką, co to ma być. Co to ma być, ja się pytam, ale czy w sumie pytam, skoro brakuje pytajnika? Współczuję Ci, droga osobo, która wchodzisz tu z nadzieją, że zacznę wreszcie pisać cokolwiek z sensem – obawiam się, że nic takiego nie nastąpi. Oh, well.

Czasem warto się popłakać, uderzyć ręką w biurko, wypić potrójną kawę, a na koniec i tak iść spać, czując, że się nic nie zrobiło. Nie wiem, gdzie jestem, a jednocześnie wiem. Nie wiem, co chcę robić później, chociaż mam odważne marzenia, zbyt odważne może. Ale kto mi powiedział, że muszę być tu? Czemu ptak mając skrzydła nie odleci i nie zwiedzi całego świata? Czuję, że powinnam zrobić coś, czego nie robiłam nigdy wcześniej.

I need to be inspired.

Może powinnam kupić sobie kij do baseballa, chwycić go w łapki i pójść coś rozwalić. Z hukiem, z wielką siłą, zmiażdżyć, rozkwasić pudełko farb, i niech bryzgają kolory na wszystkie strony tej szarej polskiej ziemi.

Tak sobie płaczę.

I chuj.

No zapomniałam już trochę o czasach, kiedy jedynym planem dnia było dożyć następnego. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Co się ze mną dzieje? Pamiętam, że to już wszystko było, a może w ogóle się nie kończyło, może złudzenia przykryły mi dni kołderką komfortu. Ale jakiego komfortu… Nie pamiętam czasów, w którym tak właśnie bym się czuła, po prostu nie pamiętam. Wszystko jest, ale nie ma. Wszystko mnie drażni, totalnie wszystko mnie drażni, czy mam znowu przemeblować pokój? Jak to zrobić, zastosowałam już chyba wszystkie możliwe konfiguracje mebli. Co z tego, że mam większe biurko, jak miejsca tyle samo, bajzel i rozpierdol, stoi tu wszystko, co nie jest potrzebne. Wszystko mnie drażni, bo nie śpiewam, bo nie wiem, co mam śpiewać, bo po co śpiewać, kiedy wszystko zostało powiedziane. BOŻE może trzeba się wreszcie schlać, może trzeba się zachować nieodpowiedzialnie, może trzeba spaść i z hukiem jebnąć w dno? Wszystko jest dobrze, ale nie jest. Próbuj, próbuj, idź do przodu, a jak się wywalisz, to wstań, WSTAWAJ KURWA i bez gadania. I ani myśl o tym, by się poddać, nawet nie myśl o tym, że nie dasz rady. A może ja nie dam, może czas wreszcie to przyznać, że nigdy nie będę tym, kim chcę, nigdy nie będę warta tego, kogo powinnam sobie wybrać, nigdy nie będę wiedzieć tyle, ile bym chciała, może nigdy nie wymówię słowa nakakapagpabagabag (I dare you). I co najważniejsze – nigdy nie przestanę tak pierdolić, nigdy nie przestanę używać słowa nigdy, nigdy nie zacznę w siebie wierzyć…

Maybe I should just give up, give in
Give up tryin’ to be thin
Give up and turn into my mother
God knows I love her

Argh.

Ogarnęła mnie frustracja pomieszana z niepokojem. Jestem zła, wściekła, najchętniej na czole wypisałabym sobie markerem FUCK OFF, ale może niektórzy poczuliby się obrażeni.

I try to express how I feel
But it changes every day and so I’m finding it hard

Let’s take life nice and easy
We could go somewhere breezy
But it gets so complicated
Everyone I fucking hated is in this room!

And I need to get away
And I can’t escape, (I can’t escape)
And I was thinking today
That I should think about taking…

My life…
My life…
To a higher plane!